← Wróć do książki

Przeczytaj fragment

Wielogłos

Bartosz Dąbrowski · Początek książki

Droga do Ośrodka

Tego poranka Ląd udawał święto.

Na głównej drodze wisiały proporce. Te same co rok temu. Brudne, wyblakłe, poszarpane od wiatru. Z daleka mogły wyglądać uroczyście. Z bliska przypominały szmaty rozwieszone po to, żeby nikt nie musiał patrzeć na pęknięty beton, rdzę i ludzi stojących za wyznaczonymi liniami.

Astrid szła w tłumie osiemnastolatków, ze wzrokiem wbitym w drogę. Na Lądzie nawet droga potrafiła zdradzić człowieka. Wystająca blacha. Pęknięta płyta. Kałuża po nocnym przecieku. Jeden zły krok i ktoś mógł zapamiętać, że się potknęła, a w dniu Przejścia wszystko mogło zostać uznane za znak.

Nawet głupi krok.

Po bokach drogi stały rodziny. Nie wolno było im podejść, dotknąć kandydatów ani podać im czegokolwiek do ręki. Oficjalnie chodziło o bezpieczeństwo i równość szans. Nieoficjalnie każdy wiedział, że od tej chwili kandydaci należeli już częściowo do Kopuły, nawet jeśli za kilka godzin mieli wrócić z niczym.

Matka Astrid nie płakała.

Stała prosto, z ramionami skrzyżowanymi na piersi. Twarz miała spokojną. Za spokojną. Jakby postanowiła, że Ośrodek nie dostanie od niej ani jednej łzy więcej.

Ojciec stał obok. Uniósł rękę dopiero wtedy, gdy Astrid spojrzała w ich stronę. Krótki gest. Tyle mogli sobie dać. Astrid odpowiedziała tak samo.

Nie mogła podejść. Nie mogła powiedzieć, że wróci, bo nie chciała wracać. Nie mogła też powiedzieć, że nie wróci, bo to zabrzmiałoby jak zdrada. Od dziecka uczono ich, że Przejście nie odbiera człowieka rodzinie. Daje mu szansę, by stał się kimś więcej - tak brzmiał oficjalny komunikat. Astrid nigdy nie słyszała, żeby ktoś na Lądzie powtórzył go bez zacięcia.

- Jeszcze chwila - powiedział ktoś obok.

Astrid odwróciła głowę.

Dziewczyna była mniej więcej w jej wieku, tylko niższa. Włosy miała spięte zbyt ciasno, jakby próbowała związać nie tylko je, ale również własny strach. Bluza była czysta, pewnie odłożona specjalnie na ten dzień. Buty naprawiano więcej niż raz.

- Do Ośrodka? - zapytała Astrid.

Dziewczyna uśmiechnęła się nerwowo.

- Do wszystkiego. Jestem Denise.

- Astrid.

- Z północy?

Astrid skinęła głową. - Przedmieścia.

- Ja z południa. Podobno u was spokojniej.

- Podobno w Kopule nikt nie musi pytać, gdzie jest spokojniej.

Denise spojrzała na nią, niepewna, czy usłyszała żart, czy ostrzeżenie. Potem parsknęła cicho.

- Obyśmy się przekonały.

„Obyśmy” zabrzmiało dobrze, niemal wiarygodnie. W dniu Przejścia liczba mnoga była jednak najładniejszym kłamstwem. Wszyscy szli razem. Przejść miało tylko trzy procent. Reszta miała wrócić na Ląd i przez kolejny rok mówić młodszym, że trzeba próbować, bo przecież komuś się udaje.

Astrid znała tę opowieść.

Dwa lata wcześniej stała przy tej samej drodze, z boku, za linią. Patrzyła, jak Belmiro dochodzi do miejsca, w którym rodziny musiały się zatrzymać.

Miał wtedy osiemnaście lat, ale wyglądał starzej. Może dlatego, że próbował się nie bać. Może dlatego, że ona bała się za nich oboje.

- Astrid, tutaj musisz zostać - powiedział wtedy.

Pamiętała pył na jego rękawie i dłoń, którą ścisnął jej palce za mocno i za krótko.

- Obiecaj, że po drugiej stronie będziesz czekał.

Belmiro spojrzał na Ośrodek, jakby mierzył odległość między obietnicą a możliwością jej dotrzymania.

- Będę próbował.

- To za mało.

Uśmiechnął się dopiero po chwili.

- W takim razie będę czekał.

- Nawet jeśli zapomnisz?

Wtedy spojrzał na nią inaczej. Bez żartu. Bez tej swojej miny człowieka, który zawsze widzi więcej, niż mówi.

- Jeśli zapomnę, znajdź sposób, żebym sobie przypomniał.

Belmiro naprawiał rzeczy, zaczynając od miejsca, którego inni nie sprawdzali. Przy zamku najpierw oglądał futrynę, przy filtrze odpływ, a przy człowieku - to, czego ten nie powiedział.

Przed odejściem objął ją mocno.

- Zaufaj intuicji - powiedział.

To były ostatnie słowa, które usłyszała od niego na Lądzie.

Potem poszedł. Przeszedł Protokół Przejścia, a Kopuła zamknęła się za nim tak cicho, jakby nigdy nie istniał po tej stronie.

- Astrid?

Głos Denise przeciął wspomnienie.

- Wszystko dobrze?

- Tak.

- Wyglądałaś, jakbyś zobaczyła ducha.

Astrid spojrzała przed siebie.

Ośrodek Przejścia wyrastał ponad tłumem. Był zbyt jasny jak na Ląd. Długi, gładki, bez rdzy, bez łatanych ścian i śladów zmęczenia. Okna zaczynały się wysoko, dopiero od piątego piętra, jakby niższe kondygnacje nie musiały patrzeć na ludzi, których oceniały.

Na szczycie sterczała antena skierowana w stronę oceanu. Miała pierścienie, cienkie pręty i ruchome elementy, które powoli zmieniały pozycję, choć nie było wiatru.

Astrid widziała ją już wcześniej. Dziś po raz pierwszy pomyślała, że to nie Ośrodek patrzy na Kopułę.

To Kopuła patrzy przez Ośrodek.

- To tam? - zapytała Denise.

Odpowiedź znało każde dziecko na Lądzie.

- Tam.

Denise przełknęła ślinę. - Moja mama ukończyła Przejście, kiedy byłam mała. Brat też. Nie pamiętam jej twarzy, ale podobno jestem do niej podobna.

Astrid nie odpowiedziała od razu. W dniu Przejścia ludzie mówili obcym rzeczy, których zwykle nie mówili nikomu. Bliskość Ośrodka rozluźniała język albo odbierała wstyd. Może każdy chciał zostawić komuś ostatnią wersję siebie, zanim System zdecyduje, czy ma ona jakąkolwiek wartość.

- Chcesz ich odnaleźć? - zapytała.

- Chcę wiedzieć, czy czekali.

Astrid poczuła ucisk pod żebrami.

- Ja też.

Denise spojrzała na nią szybko.

- Kto?

Astrid milczała przez chwilę. Belmiro był zbyt ważny, żeby wypowiedzieć jego imię przy kimś, kto szedł obok tylko dlatego, że tłum przesunął je w tę samą stronę.

- Ktoś - powiedziała.

Denise uśmiechnęła się łagodniej.

- Czyli mamy po kogo wracać.

- Nie wracać - poprawiła Astrid. - Przejść.

Denise nie zdążyła odpowiedzieć. Tłum się zatrzymał.

Przed Ośrodkiem rozciągał się plac zbyt pusty jak na taką liczbę ludzi. Po bokach stali funkcjonariusze Kopuły w jasnych, idealnie dopasowanych uniformach. Nie wyglądali na uzbrojonych. To też było pokazem siły. Na Lądzie tylko ktoś bardzo pewny swojej przewagi mógł pozwolić sobie, by wyglądać bezbronnie.

Kandydaci ustawiali się w grupach. Jedni żartowali za głośno, inni powtarzali pod nosem formuły przygotowawcze. Ktoś płakał cicho, prawie bezgłośnie. Dwóch chłopaków przy bocznej linii zaczęło się kłócić - najpierw szeptem, potem coraz ostrzej. Padły nazwiska rodów, których Astrid nie znała, ale ton rozpoznałby każdy.

Stare krzywdy też chciały ukończyć Przejście.

Jeden z funkcjonariuszy uniósł dłoń. Nie krzyknął; nie musiał. Kłótnia ucichła.

Denise nachyliła się do Astrid.

- Słyszałam, że za przemoc mogą wyrzucić przed pierwszym testem.

- Za głupotę też powinni.

Denise parsknęła krótko.

Wtedy wrota Ośrodka zaczęły się otwierać. Nie zaskrzypiały ani nie jęknęły. Rozsunęły się płynnie, cicho, niemal uprzejmie, odsłaniając wnętrze tak jasne, że przez moment nie wyglądało jak korytarz, tylko jak pusta przestrzeń wycięta z innego świata.

Z głośników popłynął spokojny głos:

- Kandydaci sto czwartego Protokołu Przejścia, wejdźcie do środka.

Tłum ruszył.

Astrid zrobiła krok i poczuła, że powinna się obejrzeć. Nie tylko za rodzicami. Za całym Lądem. Za pyłem, ciasnotą, brudem, głodem i hałasem. Za miejscem, które nie było dobre, ale przynajmniej nie udawało raju.

Nie obejrzała się.

Belmiro też szedł dalej. Odwrócił głowę dopiero po kilku krokach i właśnie dlatego zapamiętała ten moment. Przez jedną sekundę wyglądał, jakby chciał zawrócić, ale poszedł dalej.

Za progiem powietrze zmieniło się natychmiast. Było chłodniejsze, czystsze i łagodniejsze dla płuc. Pachniało wodą, metalem oraz czymś lekko słodkim, czego Astrid nie potrafiła nazwać. Zapach wydał jej się niebezpieczny właśnie dlatego, że był przyjemny.

Ściany nie miały pęknięć. Podłoga była gładka. Światło nie padało z lamp, lecz rozlewało się z sufitu równą, mleczną poświatą, jakby sam Ośrodek wiedział, w których miejscach człowiek najłatwiej zaczyna wierzyć, że czystość oznacza dobro.

Kilku kandydatów zwolniło, zachwyconych już samym wejściem.

Astrid również poczuła zachwyt i natychmiast się go przestraszyła.

Jeśli sam korytarz tak szybko odciągał myśli od pyłu na butach, co robiła z nimi Kopuła? Astrid nie wiedziała. Zapamiętała ulgę - i własny wstyd.

Do pierwszego punktu rejestracyjnego kazano im podchodzić pojedynczo. Funkcjonariusze skanowali chipy, wydawali czyste ubrania i odbierali rzeczy z Lądu do depozytu.

Niektórzy oddawali torby i kurtki z ulgą. Jakby stare rzeczy były winą.

Astrid oddawała swoje rzeczy wolniej. Kiedy podała kurtkę, palcami wyczuła zgrubienie w szwie. Dawna naprawa. Belmiro zszył go trzy lata wcześniej, narzekając, że jeśli już ma chodzić w czymś brzydkim, to przynajmniej powinno być zszyte porządnie.

Funkcjonariuszka wyciągnęła rękę.

- Do depozytu.

Astrid puściła kurtkę.

Ekran przy stanowisku zamigotał.

ASTRID. STATUS: KANDYDATKA.

PROTOKÓŁ PRZEJŚCIA 104.

Pod spodem, tylko na chwilę, pojawiła się jeszcze jedna linia.

OBSERWACJA: AKTYWNA.

Astrid zamrugała. Linia zniknęła.

- Dalej - powiedziała funkcjonariuszka.

Astrid ruszyła za Denise. Słowo „obserwacja” zostało z nią dłużej niż zapach czystego powietrza. Nie wiedziała, kto patrzy ani czego szuka. Pamiętała tylko ostrzeżenie Belmiro: „Zaufaj intuicji”.

Weszła do holu.

Koniec fragmentu · © Bartosz Dąbrowski, 2026

Czytaj dalej w „Wielogłosie”